O autorze
Adam Gabryelów - psycholog, manager, podróżnik.

Jestem głęboko przekonany, że świat jest zrozumiały – trzeba go jednak opisywać zgodnie z maksymą samego Einsteina: „Tak prosto jak to tylko możliwe. Ale nie prościej.”

Polub fanpage Drugiego dna i bądź na bieżąco z nowymi tekstami - facebook

Prowadzę też autorski blog Trzecie dno, na którym pokazuję świat z jeszcze szerszej perspektywy.

51 gniewnych ludzi

Tyle osób (na 100) chciałoby przywrócenia kary śmierci. Przeliczenie tych 51% na dorosłą populację Polski daje już ponad 15 000 000 „gniewnych ludzi”. Dużo. Bardzo dużo.

Przytoczone dane pochodzą z ostatniego dostępnego sondażu na ten temat (z grudnia 2011) i nic nie wskazuje, aby wiele miało się od tego czasu zmienić – we wszystkich przeprowadzonych dotąd badaniach więcej było zwolenników kary śmierci niż jej przeciwników. Dlaczego więc rządzący nie wsłuchiwali się dotąd w głos ludu i nie spełnili jego oczekiwania w tej sprawie? Otóż próbowali. W październiku 2004 PiS zaproponował nowelizację kodeksu karnego zawierającą m.in. przywrócenie kary śmierci. Projekt został jednak odrzucony przez sejm większością głosów. 



Wydaje się, że już niedługo może dojść do kolejnego rozdania. Do sejmu ma szansę wejść ugrupowanie związane z Januszem Korwinem-Mikke, który entuzjazmu wobec kary śmierci nigdy nie ukrywał. Co więcej, wykorzystał nawet sprawę zamachów na redakcję Charlie Hebdo do wyeksponowania swoich poglądów. Kiedy inni europosłowie czcili zabitych minutą ciszy i solidarnym eksponowaniem hasła „Jestem Charlie”, Korwin-Mikke zaprezentował światu inny komunikat. Napisał „Nie jestem Charlie. Jestem za karą śmierci.” Można by wręcz powiedzieć – tak jak większość Polaków.

Prawdopodobnie także większość z osób czytających ten tekst jest za przywróceniem kary ostatecznej. Przyjrzymy się pokrótce, jakie argumenty im przyświecają. Postarajmy się jednak oddzielić ziarno od plew i nie poddawać się emocjonalnej nagonce – w żadną stronę.

Argument pierwszy: kara śmierci odstrasza potencjalnych przestępców, czyli ratuje życie ewentualnych ofiar.

Potwierdzają to nawet sami skazani za najcięższe przestępstwa. Problem w tym, że ci przestępcy sami wcale nie widzą się na szubienicy. Na przykład zabójcy dla zysku stwierdzają, że kara śmierci powinna być jedynie dla morderców dzieci. A zabójcy dzieci, że tylko dla masowych morderców. Nawet osławiony pedofil-sadysta Mariusz Trynkiewicz zadeklarował, że jest zwolennikiem kary śmierci, ale... za dużo cięższe przewiny niż jego.

Osoby, na które miałaby mieć wpływ kara śmierci, konsekwentnie wypierały fakt, że spotkałaby ona właśnie ich. To jeden z typowych psychologicznych mechanizmów obronnych. Ludzie masowo znajdują dla siebie usprawiedliwiania – nawet najbardziej kuriozalne. A przede wszystkim zakładają, że nie będą złapani.

Powinniśmy zatem oddzielić nasze intencje od realnego wpływu na umysły przestępców. Nawet jeśli zwolennik wprowadzenia kary śmierci instynktownie czuje, że widmo utraty własnego życia odstraszyłoby go od popełnienia zbrodni, to jest to tylko opinia człowieka, który i tak by się żadnego morderstwa nie dopuścił. Przestępcy myślą innymi kategoriami. Choć sami (o ironio!) przyznają, że należałoby przywrócić egzekucje, wcale nie odnoszą tych sytuacji do siebie. Czyli ten straszak po prostu nie działa.

Argument drugi: dożywocie sprawia, że społeczeństwo – w tym rodziny ofiar – muszą utrzymywać morderców, często we względnie komfortowych warunkach. A to jest jawna niesprawiedliwość.

Trudno się z tym nie zgodzić. W końcu samo odizolowanie sprawcy nie zawsze jest karą, skoro zdarzają się osoby regularnie powtarzające swoje przestępstwa i nie bojące się powrotu do celi. Dotyczy to zwłaszcza grypsujących, czyli więziennej elity, która za kratami może czuć się wręcz życiowo dowartościowana. A ten osobisty dobrostan finansowany jest z kieszeni zwykłych ludzi. Także samych ofiar i ich rodzin. Czy nie jest to złamaniem jakiegoś niepisanego poczucia sprawiedliwości?

Niestety, jest. Dla gatunku ludzkiego naturalny jest odruch odwetu, walki, zemsty, wyrównania rachunków. Choć nie brzmi to „po katolicku”, to opisana potrzeba wypływa z psychicznej natury człowieka. Silny stres wynikający z rozpaczy po stracie kogoś bliskiego w połączeniu z utratą poczucia kontroli (brak możliwości uzyskania sprawiedliwości i należytego ukarania sprawcy) jest przyczyną powstawania traumy. W ten sposób jedna zbrodnia prowadzi do wielu tragedii – nie tylko samej ofiary, ale także jej bliskich, którzy często muszą zmagać się z objawami stresu pourazowego.

Choć będąc przepojonymi duchem humanizmu możemy temu racjonalnie zaprzeczać, to ta nasza wewnętrzna potrzeba odwetu znajduje potwierdzenie w kulturze. Tysiące filmów opowiada niemalże identyczne historie samotnego mściciela, który nie może zaznać spokoju, dopóki nie dopadnie sprawców swojego psychicznego cierpienia – najczęściej morderców kogoś z najbliższej rodziny. Tak, tu chodzi o zemstę dokonywaną z motywów osobistych rodziny ofiary, bo jej samej już nic nie może pomóc. Mściciel – wyrównując rachunki – pomaga tylko sobie, bo w nieświadomy sposób odzyskuje poczucie kontroli. W pewnym sensie leczy się z traumy, jaką była dla niego zbrodnia popełniona na kimś bliskim.

„Prawo ojca”, „Życzenie śmierci”, „Batman”, „Desperado”, „Kruk”, „Braveheart”, „Mad Max”, „Nieodwracalne”, „Punisher” itp. itd. Główny bohater zawsze jest postacią pozytywną, z którą widz się identyfikuje, a nie potępia go za łamanie prawa. Czy taka powszechność postaci samotnego mściciela jest przypadkiem? Nie. To echo instynktownej, ludzkiej potrzeby odzyskania poczucia kontroli nad swoim światem po zaistnieniu potencjalnie traumatyzującej sytuacji. Pragnienie zemsty i wyrównania rachunków jest w nas zakorzenione głębiej niż kultura nakazująca wybaczanie i bezwzględne zdawanie się na wyroki wymiaru sprawiedliwości. Jednak w realnym życiu nie każdy jest Punisherem. I bardzo dobrze, bo świat samosądów byłby światem bezprawia. Pokazuje to jednak pewną istotną funkcję kary śmierci – wyrównywanie rachunków, co – jak sądzę – może mieć terapeutyczne znaczenie dla rodzin ofiar.

Jako psycholog poszedłbym nawet jeszcze dalej. Pozwoliłbym, aby guzik rozpoczynający egzekucję wciskała osoba z rodziny ofiary, oczywiście tylko na swoją wyraźną prośbę. Choć może się to wydawać brutalne, jest zgodne z ludzką psychiką i pozwala właściwie ukierunkować agresję. Bo agresja u najbliższych ofiary rodzi się zawsze. Czasem – m.in. dzięki religii – udaje się ją skutecznie wyprzeć ze świadomości, ale częściej pozostaje w niej, powodując kolejne cierpienia.

Rodzice dzieci, które stały się ofiarami wspomnianego Mariusza Trynkiewcza, także musieli zmierzyć się z niewyobrażalnym dla postronnych ludzi stresem. Jeden z ojców zmarł na serce, drugi zaczął trenować strzelanie. Nie dziwię się im. Choć sam uważam się za osobę cywilizowaną, zakładam, że w takiej sytuacji także zacząłbym odreagowywać nagromadzoną złość i – nie bójmy się tego słowa – agresję. W końcu sposób, w jaki reagujemy na rodzące się poczucie bezradności w sytuacji stresu, wpływa kolosalnie na nasze przyszłe życie. Jeśli nie wyrzucimy tej destrukcyjnej energii z siebie (choćby właśnie poprzez strzelanie jak ojciec jednej z ofiar Trynkiewicza), skierujemy ją do wewnątrz. Tam rozwinie się ona w objawy psychosomatyczne i będzie nas dosłownie zżerała od środka. Choć nasz racjonalny rozum może temu przeczyć, zwykle instynktownie czujemy, że tak właśnie jest. Dowodem na to są wspomniane filmy. A także... tak wysokie społeczne poparcie dla  idei przywrócenia kary śmierci.

Argument trzeci: kara śmierci jest nieodwołalna, a pomyłki sądowe się zdarzają.

Szczerze mówiąc, to jest jedyny argument, który czyni mnie sceptycznym wobec kary śmierci. Zwykle o tym nie myślimy, ale teoretycznie każdy z nas może stać się ofiarą niesłusznego skazania. Choć zwolennicy kary śmierci zdają się o tym nie pamiętać, to przypadków błędów sądowych jest naprawdę dużo. Forum Obywatelskiego Rozwoju szacuje, że rocznie dochodzi do 300-400 niesłusznych skazań. Co roku kilkuset ludzi dostaje odszkodowania lub zadośćuczynienia za tego typu błędy. Nawet jeśli w tej liczbie osób mogących potencjalnie otrzymać wyrok śmierci jest tylko kilka procent, to i tak jest to sytuacja nie do zaakceptowania. Jestem zdania, że już jedna niesłusznie zabita osoba niweluje cały sens wprowadzania kary śmierci. Dowody uniewinniające mogą pojawić się po wielu latach, choćby w wyniku wprowadzania nowych technik policyjnych. Wielkim przełomem w kryminalistyce okazało się upowszechnienie się badania próbek DNA. Na skutek tej zmiany z więzień w USA wyszło kilkaset (!) osób czekających na wykonanie egzekucji. Ale część nie zdążyła – zabito ich w imię sprawiedliwości, choć sam wyrok okazał się potworną niesprawiedliwością.  

Pytanie brzmi, czy w imię ponownego wprowadzania kary śmierci jesteśmy gotowi ponieść ryzyko, że sami – będąc niewinnymi – skończymy na stryczku? Myślę, że wielu odpowie twierdząco. Z tego samego powodu, dla którego przywrócenie kary śmierci popiera Mariusz Trynkiewicz i jego „koledzy po fachu” – z powodu wyparcia poczucia własnego zagrożenia i nie odnoszenia go do siebie.

Przed wypowiedzeniem się na temat przywrócenia kary śmierci warto sobie uświadomić, że nie istnieje coś takiego jak pewność absolutna. Popełnienie zbrodni można tylko uprawdopodobnić, ale zazwyczaj nie da się stwierdzić jej na pełne 100%. Nie zmienia tego także przyznanie się do winy. Ani nawet badanie wykrywaczem kłamstw. Wymowną ilustracją może być tu sprawa z 1975 roku. W Piekarach Śląskich zabito wtedy młodą dziewczynę – Elżbietę Mikułową. Noc przed zabójstwem spędziła ona na libacji. Na imprezie doszło do awantury, co potwierdzili świadkowie. Wybiegła z mieszkania, a za nią jej chłopak. Pamiętał, że ją uderzył. Przyznał się do winy i dokonania zabójstwa. Nie było potrzeby badania go wariografem, ale – gdyby nawet do tego doszło – zapewne byłoby ono pozytywne.

Człowiek ten głęboko wierzył, że to on jest zabójcą. Ale... nie był. Jakiś czas później okazało się, że Elżbieta była jedną z ofiar Joachima Knychały, seryjnego zabójcy znanego jako „Wampir z Bytomia”. Gdyby domniemanego sprawcę skazano na karę śmierci, nigdy nie doczekałby uniewinnienia. Co więcej, poszedłby na stryczek z głębokim przeświadczeniem, że na to zasługuje, bo sam uwierzył w dowody, które mu przedstawiono.

Życie za życie?
Kara śmierci dzieli ludzi. Niektórzy wypierają z siebie naturalną chęć zemsty i wyrównania rachunków – zapewne także dlatego, że nie doświadczają realnych emocji związanych z poczuciem krzywdy, która spada na rodziny prawdziwych ofiar. Łatwo jest darować komuś winę w teorii, kiedy tak naprawdę nie ma się czego wybaczać. Prawdziwe emocje sięgają jednak głębiej niż sfera deklaracji i wartości – także humanistycznych.

Jednak z drugiej strony istnieje coś, co każe nam zachować dystans wobec kary śmierci. Tym czymś jest racjonalna świadomość, że błędy sądowe się zdarzają i wprowadzenie kary ostatecznej – prędzej czy później – będzie oznaczało zabicie jakiejś niewinnej osoby. Czy ta świadomość wystarczy, żeby zatrzymać w nas naturalne pragnienie zemsty? Może dojdziemy do wniosku, że pozostanie przy dożywociu jest taką swoistą polisą na życie – choć utrzymanie skazańców kosztuje, daje nam pewność, że my sami nigdy nie zostaniemy niesłusznie zabici w wyniku sądowego błędu. Ale wtedy musimy zaakceptować, że poczucie krzywdy dotykające rodziny ofiar zostanie nieukojone.

Na te wszystkie pytania nie ma jednoznacznej, prostej odpowiedzi. Byłoby cudownie, gdyby świat składał się z jednostek takich jak główny bohater kultowego filmu „Dwunastu gniewnych ludzi”. Moglibyśmy żyć wtedy w przeświadczeniu, że sprawiedliwość zawsze ostatecznie zatriumfuje, a tylko prawdziwie winnych spotka zasłużona kara. Ale tak nie jest. W sądach zdarzają się leniwi, nielogiczni czy niekompetentni prawnicy, a policja potrafi zniszczyć dowody już podczas ich zbierania lub źle je zabezpieczyć. Jesteśmy zdani na świat pełen niepewności, a nawet jawnej niesprawiedliwości.

Anders Breivik uskarża się na niehumanitarne traktowanie, ponieważ dostał stary model konsoli do gier. A rodziny jego ofiar? Muszą żyć z tą informacją, jak i ze świadomością, że zabójca ich dzieci żyje sobie całkiem komfortowo w cieplarnianych warunkach norweskiego więzienia. Może ktoś z nich także ćwiczy strzelanie, tak jak wspomniany ojciec jednej z ofiar Trynkiewicza? A gdyby faktycznie taki rodzic odstrzelił Breivika, gdy ten wyjdzie w końcu na wolność, co stanie się – nota bene – względnie niedługo? Na ile lat go wtedy skażemy? A może do tego czasu prawo już się zmieni i potencjalny ojciec-mściciel zostanie skazany na karę śmierci? Czy to będzie sprawiedliwość, której domaga się 51% „gniewnych ludzi” w Polsce?
Trwa ładowanie komentarzy...