O autorze
Adam Gabryelów - psycholog, manager, podróżnik.

Jestem głęboko przekonany, że świat jest zrozumiały – trzeba go jednak opisywać zgodnie z maksymą samego Einsteina: „Tak prosto jak to tylko możliwe. Ale nie prościej.”

Polub fanpage Drugiego dna i bądź na bieżąco z nowymi tekstami - facebook

Prowadzę też autorski blog Trzecie dno, na którym pokazuję świat z jeszcze szerszej perspektywy.

Bezrobotny jak humanista

Istnieją tylko dwa rodzaje humanistów: wybitni i bezrobotni.

Czasami słychać skądś przerażający krzyk, że humanistyka umiera. Wczoraj na tym portalu można było przeczytać, że „dla wielu ludzi humanistyka jest zbędną i anachroniczną formą intelektualnej aktywności”. No bo często jest! Sztuka dla sztuki też nie jest potrzebna. Jeśli humanistyka (lub sztuka) nie pełni swojej funkcji, po co się przy niej upierać?



Od dawna wiadomo, że istnieją dwa rodzaje humanistów: wybitni i bezrobotni (albo robotni na przysłowiowym „zmywaku”). W końcu ilu jest nam potrzebnych filozofów? A ilu etnologów? Na to ostatnie pytanie mogę spróbować odpowiedzieć, bo sam przez chwilę studiowałem ten kierunek. A więc potrzebnych jest tylko tylu, ilu jest się w stanie dostać na doktorat, czyli raptem kilka procent wszystkich studentów. Inni pracują w gastronomii, rolnictwie albo robią coś, do czego nie potrzeba żadnych studiów. Czy jest to dla kogokolwiek zaskakujące?

Podjęcie studiów humanistycznych to jak wzięcie udziału w loterii. Albo się uda być wybitnym, ale się przegra życie. Taka bolesna prawda. Oczywiście można się złościć, że to wszystko wina systemu, że państwo za mało dba o humanistów, że to, że tamto. Ale przecież państwo nie jest od tego, żeby gwarantować komukolwiek pracę. Co prawda zdarza się tak w przypadku silnych grup interesu – jak choćby górnicy – ale chyba zgodzimy się, że to raczej patologia systemu demokratycznego niż przejaw jego skuteczności. W innym przypadku powstałaby Partia Bezrobotnych, która mogłaby się domagać wsparcia osób niepracujących (czyli potencjalnie każdego) z kieszeni tych, którzy pracować chcą i mogą. A mogą zwykle dlatego, że mądrze wybrali. Także wykształcenie. W końcu czy nie lepiej jest być np. dobrze zarabiającym parkieciarzem niż etnologiem nalewającym piwo? Może nie. Każdy musi sam zdecydować. Ale nie powinien potem narzekać.

We wspomniany artykule pisarz Wit Szostak stwierdza, że „brak humanistów zauważylibyśmy dopiero wiele lat później.” Prawda. A właściwie półprawda. Za te wiele lat później zobaczylibyśmy brak humanistów wybitnych. Braku tych przeciętnych wcale byśmy nie zauważyli.

Miło się czyta nawoływania do praktykowania humanistyki. Do myślenia, do badania złożoności zjawisk, do stawiania pytań. Ale to jest tylko piękne wezwanie do praktykowania pięknego hobby. Ze stawiania pytań nie da się wyżyć. A przynamniej nie mogą tego uczynić rzesze humanistów wypluwanych corocznie przez polskie uczelnie.

Dla społeczeństwa cenne jest to, co je rozwija. Stawianie pytań jest wartościowe tylko o tyle, o ile prowadzi do znajdowania przydatnych odpowiedzi. Lub do rozrywki, bo większość książek czytana jest przecież nie dla wiedzy w nich zawartej, ale dla przyjemności zajęcia nimi umysłu. A często po prostu dla zabicia czasu w pociągu, w tramwaju czy w poczekalni. To jest towar, za który ludzie są skłonni zapłacić. Ale czy równie chętnie będą chcieli zapłacić na rzeczy, których nie potrzebują, których nie rozumieją lub które ich zwyczajnie nie interesują?

Dlatego podoba mi się wezwanie do myślenia, do stawiania pytań i szukania na nie odpowiedzi. Cenię taki styl życia. Ale to nie jest praca dla mas. Nie potrzebujemy tysięcy etnologów. Ani filozofów. Ani politologów. Ani kulturoznawców. Potrzebujemy tylko najwybitniejszych z nich. To są studia, które potrafią pięknie oszlifować kamień. Ale nie dają żadnych gwarancji zatrudnienia. A co, kiedy ten kamień okazuje się tylko zwykłym szkiełkiem? Trzeba się przekwalifikować. Z humanisty-zawodowca na humanistę-hobbystę, ale za to z konkretnymi umiejętnościami. Albo sprawnego zmywania (za funty), albo kładzenia parkietów, płytek czy obsługi dźwigu - za złotówki, ale zawsze większe niż w przypadku biernych McHumanistów ograniczających się jedynie do narzekania.
Trwa ładowanie komentarzy...